Witaj w Nekonbini

Kiedy prawie trzy lata temu zaczynałem uczyć się japońskiego, najpierw przeczytałem kilka artykułów na blogach i obejrzałem parę filmików o tym, jak w ogóle się za to zabrać. Poznałem Anki, Koohii, Genki, Marugoto, Tofugu i jeszcze z milion innych stron, książek i metod nauki. Oglądałem filmy o tym, jak ważne są flashcardy, że ponad 2000 kanji trzeba znać na pamięć, żeby przeczytać zwykły artykuł z wiadomości, i o zaskakująco gigantycznej liczbie słów-liczników na dosłownie wszystko.

A ja sam nie zacząłem jeszcze uczyć się absolutnie niczego.

No więc zabrałem się za te wszystkie polecane rzeczy (poza flashcardami, niespecjalnie je lubię) i powoli zaczynałem robić postępy. Najpierw proste artykuły z wiadomości, Duolingo, klasyka. Spróbowałem też immersji — otaczasz się jak największą ilością japońskich treści, najlepiej takich, które są jeszcze odrobinę za trudne, żeby je zrozumieć. (Wydałem nawet połowę oszczędności na "Harry'ego Pottera" po japońsku, który okazał się grubo za trudny na mój poziom.)

No więc robiłem to wszystko i z czasem to naprawdę zadziałało! Japońskiego da się tak nauczyć. To po prostu znaczy żonglować kilkoma źródłami naraz, sprawdzać, które metody nauki działają akurat na ciebie, i spędzać połowę czasu w Shirabe Jisho albo Takoboto, wyszukując słówka, których nie znasz (albo nie pamiętasz). W zeszłym roku zdałem w Berlinie JLPT N4 — z tym, czego nauczyłem się właśnie w ten sposób.

Ale czy to nie znaczy — skoro japońskiego można się spokojnie nauczyć klasycznymi metodami, to Nekonbini wcale ci nie jest potrzebne? No właśnie. Nie jest. Tak samo jak nie potrzebujesz internetu, żeby znaleźć hotel — stara, dobra papierowa mapa też się nada. Tyle że to o wiele więcej zachodu, niż być musi.

Ucząc się przez te ostatnie lata japońskiego "po staremu", odkryłem parę rzeczy, które mnie wkurzały — a czasem wręcz skutecznie zniechęcały do tego, żeby brnąć dalej. Da się je z grubsza wrzucić do tych kategorii:

Czytanie

Szczerze? Zacząć czytać po japońsku to męka. A konkretniej — to wina kanji. Jak niby masz przeczytać tekst, skoro zakłada, że masz w głowie jakieś 2000 czytań kun- i on-? Rozwiązanie jest tak proste, jak męczące: szukasz ich w słowniku, rysując je palcem. Na laptopie to dość mordęga, więc i tak sięgasz po telefon. No i proszę — przy czytaniu praktycznie każdego japońskiego tekstu masz już telefon na stałe w dłoni.

I jasne, są furigany (te małe kana nad kanji, które mówią ci, jak się je czyta) — ale pojawiają się dość rzadko, a im wyższy twój poziom, tym rzadziej. Poza tym furigany są trochę jak napisy: jak są, to je czytasz. Po prostu nie da się tego uniknąć. Pomagają, ale potrafią też zwolnić tempo nauki, bo przecież nie musisz przez cały czas faktycznie czytać kanji.

Skoro już o tym mowa:

Kanji

Lubię kanji! Tak bardzo, że nauczyłem się wszystkich 2045 z 5. wydania RTK ("Remembering the Kanji" Jamesa Heisiga). Wbiłem je sobie do głowy, wymyślając do ich elementów prostą "historyjkę" — tak zwane skojarzenia. Swoje historyjki wrzucałem na (naprawdę świetną) stronę kanji.koohii.com i przećwiczyłem je (według statystyk) w codziennych powtórkach ponad 20 000 razy. No.

Niestety na Koohii nie dało się tych kanji w żaden sposób narysować na stronie, więc wyrobiłem sobie nawyk, żeby przy każdej powtórce pisać je ręcznie na kartce — w efekcie czego zapisałem cały blok formatu A4 tyloma stronami kanji, że spokojnie obkleiłbym nimi ściany. Ale to znaczyło też siadać codziennie po pracy w domu i rysować na kartce 40, 50, 60 kanji. I nawet nie zauważałem, kiedy zaczynałem niektóre z nich pisać źle — bo nikt nie miał jak mi tego powiedzieć.

AI

Kiedy zaczynałem uczyć się japońskiego, AI nie nadawało się jeszcze za bardzo do nauki języka. Owszem, mogłeś zapytać o zagadnienia gramatyczne czy nieznane słówka, ale nie zawsze było do końca jasne, czy odpowiedź, którą dostałeś, w ogóle jest prawidłowa.

I choć zdania o AI nadal się mocno różnią — zależnie od tego, kogo zapytasz — faktem jest, że AI jest dziś naprawdę przydatnym narzędziem do nauki japońskiego. Pomoże ci zrozumieć nie tylko złożone zdania czy nieznane konstrukcje gramatyczne, ale i idiomy albo dialekty, których w żadnym słowniku byś nie znalazł. Tyle że nauka z chatbotami AI wciąż ma swoje granice: AI nie pamięta, co już umiesz, a czego nie ("tylko bez romaji, proszę!"), brakuje mu kontekstu, kim w ogóle jesteś ("wytłumacz to dla kogoś na poziomie N3") i na co właśnie patrzysz ("wytłumacz mi to zdanie, które znalazłem w filmie o..."). Już samo to tarcie czasem mnie zniechęca, żeby w praktyce w ogóle coś sprawdzać.

No i jesteśmy na miejscu. Może te problemy znasz też z własnej nauki. A skoro to artykuł o Nekonbini, pewnie się domyślasz, co będzie dalej.

Jeden Nekonbini, by wszystkimi rządzić!

Weź wszystkie powyższe punkty, połącz je w jedną spójną aplikację do nauki — i masz to: Nekonbini! Na początku powstało jako apka webowa do "dodawania furigan do tekstu" dla mnie i mojej dziewczyny, ale jako prywatny projekt szybko rozwijało się coraz dalej i dalej.

"Byłoby genialnie, gdyby dało się po prostu zaznaczyć kawałek tekstu, a AI by go wytłumaczyło — ale tak naprawdę w kontekście" — i było genialnie.

"Wyobraź sobie, że możesz rysować kanji bezpośrednio na stronie, z feedbackiem na żywo!" — wyobraziłem sobie i spodobało mi się.

Wyobraziłem sobie jeszcze coś innego. Że skoro od miesięcy używam Nekonbini prywatnie — to czemu by go nie opublikować? W końcu może i tobie przypadnie do gustu.

Główny pomysł na Nekonbini jest taki, żeby mieć wszystko w jednym miejscu. Ale nie tylko jako zwykły rejestr — twoje postępy w nauce są kluczowe, żeby ustalić, jak najlepiej podać nowy materiał i jak nie dać ci zapomnieć tego, czego już się nauczyłeś. Nekonbini wykorzystuje twoje nauczone historyjki, kanji, słownictwo, poziom JLPT, ... we wszystkich komponentach aplikacji, żeby skroić ją na twoją miarę. I zawsze ma pod ręką nauczyciela AI, który zna kontekst i którego możesz o coś zapytać — koniec z przeskakiwaniem między apkami i pisaniem długich promptów. Po prostu tam jest. Wreszcie jest łatwo.

Nekonbini wystartowało w maju 2026 pod adresem nekonbini.com. A oto, co faktycznie w nim siedzi:

  • Adaptacyjne furigany, które pojawiają się tylko przy tych kanji, których jeszcze nie znasz — napędzane przez autorski, 2-etapowy pipeline machine learning, który dodaje poprawne czytania do dowolnego japońskiego tekstu.
  • Trening pisma ręcznego kanji na żywo z feedbackiem kreska po kresce, oparty na w 100% autorskim silniku rozpoznawania — koniec z zgadywaniem, czy narysowałeś dobrze.
  • Nauczyciel AI znający kontekst, który wie, jaki masz poziom, czego się nauczyłeś i na co właśnie patrzysz — koniec z przepisywaniem w kółko tego samego prompta z kontekstem, za każdym razem, gdy chcesz o coś zapytać.
  • W pełni przetłumaczone na ponad 10 języków, żeby uczący się, którzy nie znają angielskiego, nie musieli przedzierać się przez lekcje w języku, który nie jest ich własnym.
  • Rdzeń darmowy na zawsze: zintegrowana nauka nie wymaga subskrypcji. Funkcje AI i trening pisma ręcznego są w płatnym planie, jeśli masz na nie ochotę — ale na pewno nie musisz.

Japoński to bez dwóch zdań jeden z najtrudniejszych, jeśli nie najtrudniejszy język obcy do nauki. A konieczność korzystania z całej góry różnych stron, książek i metod, które za bardzo ze sobą nie współgrają, robi z tego jeszcze większy bałagan. I właśnie po to jest Nekonbini. Nauka nie stanie się przez to magicznie łatwa, dalej będzie ciężko. Ale przynajmniej trudny będzie język — a nie cały proces wokół niego.